
There is so much talk about prevention as the basis of the health care system, maybe it’s time to introduce solutions tested around the world in Poland?
The history dates back to the pandemic, which significantly influenced the physical condition and health of Poles. The then Minister of Health did not agree to the issue of including information on the calorie content of dishes served in catering establishments. I believe that this idea could be brought to public debate for the benefit of society as a whole.
The problem of obesity affects approximately 35% of the population, and overweight or obesity affects almost 70%.
https://www.nfz.gov.pl/aktualnosci/aktualnosci-centrali/masa-ciala-i-wzrost-dane-niezbedne-dla-zdrowia-publicznego,8745.html
This is a factor that significantly burdens the efficiency of the Polish health care system, and awareness of the problem is essential.
Widespread, easy access to the calorie content of dishes in restaurants could translate into a significant improvement in this situation. People who are aware of how much food they actually (even approximately) eat tend to control their intake.
Such solutions already exist in the USA and Japan.
https://londynek.net/newslajt/article?jdnews_id=28622
Posted by DiaVoll2
39 Comments
No podawanie usa w tej kwestii to najlepszy wybórniech tania spożywcze stanieją restauracje które spaitowały przez covid zaczna sie otwierać a nie kebaby czy żabka może jakaś dobra edukacja dzieci w tym temacie prócz XD robienia bezsensownych testów ah to wychowanie sportowe uczymy dzieci które nie chcą być sportowcami by zniechęcać do ruchu od samego młodego wieku zamiast gimnastyki piłka nożna czy siatka poziom rozgrzewki to żart poziom edukacji na temat jedzenia to żart
Ludzie ostatnio zaczęli reagować agresją jak im się mówi, że liczyć kalorie obserwować bo nagle każdy grubas jest przewlekle chory. Także raczej by się to nie sprawdziło
To siedzi w głowie i bez edukacji od małego ciężko ludzi uświadomić bo zawsze się coś znajdzie żeby się tylko nie przyznać do lenistwa
Wyczuwam dużo minusów swoją drogą xd
Byś musiał wprowadzić masową nie edukację, ale indoktrynację dietetyczną, żeby to zadziałało. Co to da, że napiszą kalorie jak dla większości to będą śmieszne cyferki.
Popatrz sobie na moich rodziców, to dla nich abstrakcja, kupują jedzenie w sposób nieprzemyślany przez co zostaje, nie wyrzucą przenigdy jedzenia i o ile samo się w lodówce nie zepsuje, to potem wlatuje stary kotlet na kolację i dochodzą kalorie. A mama płaczę, że nie może schudnąć.
Nieźle, że w bańce redditowej prawie każdy post zaczyna sie od “chodzę na siłownię”, a rzeczywistość jest diametralnie inna. I nie mówię, że te osoby kłamią, tylko wskazuję na fałszywy obraz swiata jaki mogą kreować social media.
Tak wiem, że powiedziałem mega oczywistą rzecz xD
Z mojej obserwacji wydaje mi się, że znacznie większy wpływ na problem nadwagi i otyłości w polsce ma znacznie wyższa cena nieprzetworzonej żywności w porównaniu do przetworzonej oraz brak czasu i zmęczenie po pracy. Dla dużej części osób praca na etat to 9-10h wyjętych z dnia, więc spora część z tych osób nie będzie miała ani sił ani chęci do gotowania po pracy. No i też trzeba coś zjeść w pracy, a przetworzone jedzenie jest (zazwyczaj) tańsze i szybsze.
Myślę, że sedno tkwi w tym, co się je w domu, bo to ma miejsce kilka razy dziennie, a nie w restauracji.
Zresztą, na czipsach i batonach jest napisana kaloryczność. Czy to powstrzymuje? Chyba nie za mocno
Jestem za. Przykładowo tabela kalorii kebabów: [https://zahirkebab.pl/tabela-wartosci-ozdywczych/](https://zahirkebab.pl/tabela-wartosci-ozdywczych/)
Spójrzcie chociaż na różnice między łagdnym a ostrym sosem, ile osób sobie zdaje z tego sprawę?
Gdyby nie twoja matka, problem otyłości byłby o połowę mniejszy
Jednak Polacy jedzą głównie w domu.
Ja bym się zastanowił czemu Trump tego jeszcze nie wycofał? Przecież to czysty komunis? Może dlatego, że to zabija lokalne biznesy? Nie wiem czy tam są jakieś wyjątki podane ale tak na szybko taki wymóg powoduje, że McD nie ma problemu, bo u nich wszystko zautomatyzowane, w każdej restauracji to samo od lat podają, już to mają policzone i tak. Natomiast lokalny kebs, pizzeria czy bar mleczny ma problem, bo nakłada składniki na oko, stosuje zamienniki i nie jest wielką korporacją, żeby sobie zatrudnić ludzi do policzenia czy ten kurczak na takim oleju to wciągnie X ml tłuszczu czy Y ml tłuszczu.
Takie widzę zagrożenie, jako typowy Pan Maruda. Chociaż to do (nomen omen) wyważenia czy więcej jest plusów czy minusów i jak się przez zagrożeniami ustrzegać.
Problem oczywiście jest realny i trzeba myśleć co z nim zrobić.
Można by zacząć od wywalenia mylącego nutri score. Albo zmiany go tej żeby był obowiązkowy i nie wprowadzający w błąd
Mogą sobie pisać co im się żywnie podoba, 90% ludzi w menu jedyne cyferki które czytają to gramatura i cena. Większość ludzi obecnie żyjących w Polsce dorastała w czasach biedy i niedoboru wszystkiego, więc nadal w przeciętnym domu dużo, tłusto i słodko znaczy „dobrze”.
Do tego dołóż to co już ktoś pisał, po 10-12h w pracy (+dojazdy) mało kto ma czas i ochotę jeszcze na zakupy i stanie przy garach.
A to że na każdym rogu są reklamy słodyczy czy fastfoodow też nie pomaga. A nie po to armia specjalistów pracuje nad smakami żeby przeciętny przeżuwacz świadomie wybrał eko-marchewkę zamiast „soczystego burgera z colą”.
To może się wypowiem jako osoba która w okolicach 17 roku życia zaczęła mieć bulimię.
W społeczeństwie obecnie jest jakaś schizma, gdzie z jednej strony mamy nacisk na “zdrowe odżywianie” a z drugiej jesteśmy zasypywani wysokokalorycznym gównem. Przy czym “zdrowe odżywianie” najczęściej jest sprzedawane jako strach przed przetworzoną żywnością, restrykcyjna dieta (nawet jeśli nie jeśli chodzi o kaloryczność to o produkty), straszenie “chemią” i obsesyjne myślenie o konkretnym składniku jako dobry (obecnie białko) a o innym jako zły (tutaj to zależy od banki, może być to tłuszcz, może być to cukier). Ewentualnie rzuca się w ludźmi ogólnikami w stylu RYBY SĄ ZDROWE, i chuj, nikt nie wie jak działają kalorie.
Problem polega na tym że ludzie są zasypywani sprzecznymi informacjami i jedzenie “zdrowo” staje się stresujące i trudne. Ludzie nie trzymają swoich diet odchudzających bo nie lubią tego co na nich jedzą. Bardzo mało kto jest w stanie odciąć się kompletnie od tzw “pustych kalorii” typu słodycze, a przez to że mają wbite że to złe to potem czują poczucie winy co prowadzi do spirali. W skrajnych przypadkach jak mój, prowadzi to do zajadania stresu, cyklicznych głodówek, próbowania kolejnych diet, obżerania się i wywoływania wymiotów.
Żeby utrzymać faktyczną drową dietę trzeba przede wszystkim naprawić swoją relację z jedzeniem. Trzeba nauczyć się jak zrobić zbilansowany posiłek który jest dla ciebie smaczny. Trzeba się nauczyć że tłuszcze w diecie muszą być. Że błonnik jest istotny. Że jedzenie objętościowo i mało kalorycznie nie rozwiązuje wszystkiego. I przede wszystkim że nie ma nic złego w zjedzeniu czegos słodkiego. Że raz na jakiś czas chipsy są ok. Że jak zjesz sałatkę a na deser wafelka, to nie ma w tym nic złego. Z drugiej strony – że może 4 tłuste kiełbasy nie są wcale rozsądnym wyborem, że może nałóż sobie 2, do tego warzywa i zobacz czy dalej jesteś głodny.
Poza dietą ćwiczenia też mają u nas złą sławę. Dla wielu ludzi jedynym doświadczeniem z ćwiczeniami jest chujowe wychowanie fizyczne. Ludzie są przepracowani i nie mają czasu na chodzenie na siłownię bo z dojazdami praca zajmuje im ponad 10 godzin. Nikt nigdy im nie pokazał ciekawych i bezpiecznych ćwiczeń które można wykonywać w małym mieszkaniu na minimalnym sprzęcie. Co do spacerów – jak się mieszka wśród ulic i betonozy to się nie ma ochoty nigdzie wychodzić, szczególnie w smrodzie i smogu. Jak teraz mieszkam przy lesie to się po prostu ma ochotę wychodzić.
Dochodzą jeszcze badania lekarskie gdzie lekarz osobie z nadwagą powie że ma schudnąć 10 kilo i ćwiczyć, ale w sumie to często to wygląda jak shame’owanie za bycie grubym bez jakichkolwiek faktycznych rad lub skierowania do specjalisty.
Tl;dr ludzie mają chujowe relacje z jedzeniem, system służby zdrowia nic nie robi dla ludzi z nadwagą a edukacja w tym zakresie ssie.
W Macu tabelki są dostępne, w restauracjach już nie, ale czy myślisz że otyłość bierze się ze stołowania w restauracjach? Ja obstawiam chipsy i Colę, a tam kaloryczność jest podana wprost.
Według mnie to przede wszystkim problem braku porządnej edukacji w szkole.
Sama pamiętam, jak kiedyś wmawiano mi głupty w stylu, że jedzenie białego chleba jest zdrowsze niż np. kurczaka i że chleb powinno się jeść codziennie, a mięso najlepiej tylko raz w tygodniu. Nie mówiąc już o codziennych czekomlekach w podstawówce/gimnazjum. Przecież to sam cukier był (ja się po nich źle czułam, więc mi rodzice jako jedynej w klasie nie wykupowali).
Nie pamiętam też lekcji ze zdrowego odżywiania się na późniejszych etapach edukacji poza podstawówką, gdzie w podstawówce było to właśnie na zasadzie piramidy żywienia, która wg mnie nic nie daje, a wręcz była (za moich czasów) błędna.
Brak też zdrowego promowania ruchu – ruch to nie tylko “gała” czy “siatka”, a to był główny temat 90% lekcji wf, gdzie dla mnie, osoby do dziś nie lubiącej wszelkiego rodzaju gier zespołowych, był to koszmar. Lekcje “z programu” typu gimnastyka, kozioł itp. (które lubiłam) odwalaliśmy na jak najmniejszej ilości lekcji, by tylko wpisać oceny i potem znowu piłka. Byłam największym przeciwnikiem wysiłku, nawet do sklepu obok jeździłabym samochodem, ale teraz uprawiam sport 5 dni w tygodniu i chodzę pieszo gdzie się da, bo mam kondycję dzięki odnalezieniu aktywności, które lubię.
Chciałabym żeby restauracje podawały kalorie posiłków. Ulatwiloby mi to życie, bardzo! Jak na razie wspomagam się fitatu i ich szacowaniu kalorii ze zdjęcia.
Długo mi zajęło nauczenie się dobrego żywienia. Tego jak liczyć kalorie (liczy się przed obróbką termiczną), odczuwanie sytości i głodu, itp. Ale jakoś daję radę, sama na własną rękę to ogarniam.
Mamy fajną stronę rządową gdzie za darmo można umówić się z dietetykiem online (oferują wiedzę, a nie gotowe plany jedzenia). Jest tam taki pdf dobrego talerza chyba, gdzie pokazują trzy kroki do poprawy jakości jedzenia (np w 1 dodaj warzywo, w 2 ogranicz mięso w tym jednym posiłku na tydzień, itp)
https://ncez.pzh.gov.pl/
Ale ja się o tym dowiedziałam przez przypadek (:
Ludzie są po prostu głupi i leniwi. Szczerze przestałem z tym walczyć no chyba że ktoś ze znajomych, przyjaciół zapyta mnie o radę. Nigdy w życiu nie miałem nadwagi i nigdy mieć nie będę bo jest to banalnie proste. Jak ktoś jest dorosły i nie potrafi poczytać kilku etykiet i zrobić rachunku sumienia czy faktycznie “mało je” czy tylko takie copium mu wjeżdża no to o czym my mówimy. Polacy piją alko na potęgę a to jest za pewne powód nr1 nadwagi i otyłości. Pijesz puste kalorie a i apetyt na zagryche jest no nie? No właśnie…a do tego jeszcze jakaś fajeczka i jest super :).
Moim zdaniem jeśli ktoś jest gruby od jedzenia w restauracjach to raczej nie jest typowym polakiem.
Typowy polak jest gruby od przekąsek które kupuje w sklepach. Ciężko zrobić zakupy bez bycia naganianym do kupna batoników/chipsów i całej reszty badziewia. Mam wrażenie że niezdrowe jedzenie do połowa oferty sklepu i ulokowane jest tak że nie da się tego ominąć.
Do tego jest sporo produktów reklamowanych jako “zdrowe picie dla aktywnych dzieci z dodatkiem witamin” a w rzeczywistości to woda z cukrem i dodatkiem odrobiny soku byleby można było reklamować to jako coś zdrowego. Albo wszelkiego rodzaju fit sałatki bez tłuszczu z dużą ilością białka, niby super ale sos dodawany do nich to cukier wymieszany z olejem palmowym. Takie rzeczy powinny być jakoś regulowane bo to sroga patologia na którą łapie się większość społeczeństwa.
No i w szkołach mogliby przyłożyć większy nacisk na edukację żywieniową. Ale nie liczyłbym że państwo cokolwiek pomoże. Za moich czasów to nawet po zajęciach WF nie dawano nam wody, tylko szło się do sklepiku i kupowało się słodką HopCole na spółkę z paroma ziomkami xD
Ale to są jakieś działania pozorowane. To, że ktoś będzie mail taką informację, nic nie zmieni. Trzeba wpływać na styl życia i promować aktywne środki transportu.
Wydaje mi się, że restauracje nie są w stanie tak precyzyjnie i powtarzalnie przygotowywać dań, więc taka informacja byłaby myląca. Sieciówy dadzą radę, ale one często to publikują same z siebie (taki McD na przykład).
Problemem jest brak podejścis do otyłości jak do choroby w naszej służbie zdrowia. Od lekarza usłyszysz, że masz schudnąć, ale zero pomocy. Programy kierowane typu KOS-BAR są fajne ale to nadal chyba faza eksperymentalna i wymaga lat dopracowywania.
Z jedzeniem jest jak ze wszystkim w życiu, nic nie pomoże edukacje jeżeli pacjent nie zintegrował jej ze swą osobowością. I nic nie pomogą przepisy czy regulacje, nawyki zwyciężą. Jeżeli ktoś nie rozumie że warto się ruszać i zdrowo odżywiać to nic mu nie pomoże jak alkoholikowi. Większość ludzi też myśli że kalorie to jakiś magiczny przepis na zdrowie. Otóż nie człowiek to jest maszyna która działa całościowo holistycznie.
Trzeba by było wprowadzić jakąś edukacje nie straszącą ale taką która pomaga zintegrować w osobowości człowieka niezdrowe pokarmy w diecie z tymi zdrowymi które odżywiają nasze komórki i pomagają produkować mięśnie i wspomagają myślenie. Nie można jedzenia tłustego i słodkiego, wysoko przetworzonego sprowadzać do formy zakazanej to jeszcze bardziej napędza do sięgania po zakazany owoc.
Tak samo z edukacją fizyczną. Powinna ona nie produkować kolejnych sportowców a być formą znalezienia sportu dla siebie. integracji z osobowością wysiłku fizycznego. Kto w wieku 30 40 lat będzie grał w piłkę nożną albo siatkówkę czy inną koszykówkę albo będzie skakał przez kozła czy robił przewroty w przód i do tyłu? XD
no dobra ale chyba w innych polskach żyjemy jeśli muślisz że lokale gastronomicznej przyczyniają się w sposób znaczący do nadwagi polaków. Przecież u nas kotlet kosztuje 30 złotych, na to ludzi nie stać, ludzie jedzą w domu.
Problem w Polsce jest taki że tu żeby być aktywnym fizycznie trzeba być sportowym świrem albo pracownikiem fizycznym. No bo jak nie to ani to, to co? Jazda na rowerze w Polsce nie jest metodą transportu tylko sportem ekstremalnym. Chodzenie na spacery w Polsce do porzucenie otyłości na rzecz zaciągania się smogiem. To jest, proszę państwa, kraj obligatoryjnie zmotoryzowany, każdy jeden mieszkaniec bloku obowiązkowo musi mieć samochód, potem zdziwienie że nie ma gdzie go zaparkować.
Taką informację mamy już na opakowaniach produktów i mało kto zwraca uwagę na jego kaloryczność. Jak kogoś interesuje temat odżywiania, to sobie sam sprawdzi w internecie, reszta zignoruje te informacje.
Wśród dorosłych widać nadwagę ale bardziej przeraża jej powszechność wśród dzieci.
Oprócz profilaktyki to przydałoby się dodanie (generycznych) analogów GLP-1 do listy leków refundowanych dla osób naprawdę otyłych (BMI>35), tymczasem takie Mounjaro na cztery tygodnie kosztuje 1400 zł. Nie znam nikogo, kto jest gruby bo lubi być gruby, za to całą masę ludzi, którzy bezskutecznie chcieliby schudnąć ale jest już za późno, bo organizm się przyzwyczaił, weszła insulinooporność i bez wspomagania nie dziwota, że “nie idzie”.
Ciężko jest wprowadzić takie prawo dla każdej restauracji. Robiliśmy badania na studiach w UK i jest to praktycznie nie możliwe, szczególnie w miejscach gdzie jest to pojedyncze rodzinne przedsięwzięcie i przepisy/porcje nie są dokładnie ustandaryzowane.
Wszelkie korporacje i franczyzy które mają tą standaryzację podają kalorie i inne info, tak powinno pozostać.
Refundacja analogów GLP-1 też byłaby spoko. Masz po tym normalny głód, nie trzeba liczyć kalorii i na tłuste fast-foody obrzydzenie bierze.
Nie widzę w linkowanych artykule podstaw twierdzenia, że to właśnie podanie kaloryczności ma pozytywny efekt a nie np. wzrost świadomości społeczeństwa o szkodliwości fast-foodów.
Jestem za powszechnym dostępem do danych o kaloryczności i makro dla dani w restauracjach (i raczej jako info na stronie lub ostatnia kartka w menu a nie tabela o którą musisz ekstra prosić obsługę). To ułatwia porównanie dań czy utrzymanie celów jeśli ktoś liczy sobie kcal/makro.
Myślę, że umieszczenie tych info obok dań wywierało by presję i to na dłuższą metę bardziej zaszkodzi. Jak już padło w komentarzu, pierwsza jest zdrowa relacja z jedzeniem, potem zdrowa masa ciała. Lepiej od czasu do czasu w kontrolowanej częstotliwości zjeść na co się ma ochotę i w pełni się tym cieszyć, niż podjadać losowo z poczuciem winy.
Poza tym kaloryczność to nie wszystko, ktoś może stwierdzić że lepiej pominąć tą oliwę do sałatki, a bez niej leci przyswajalność witamin itd. Czy tekst znajomego nie ważne jaki chleb, ważne że pełnoziarnisty.
Na pewno zrobienie edukacji zdrowotnej nieobowiązkowej nie pomogło.
A potem jak już ludzie utyci, to zamiast minimalizować koszty przez refundację analogów glp1 lepiej nic nie robić i potem wydawać dużo więcej na choroby serca, wylewy, cukrzycę etc.
No coś Ty, jeszcze kawiarnie by padły jak obok gorącej gęstej czekolady 300ml musiałyby napisać 1200 kcal, do tego kawałeczek ciasta 800kcal a przecież jeszcze ~~deserem udającym kawę 500kcal~~ kawką trzeba popić to wszystko xd /s
Ale czy te rozwiązania w ogóle działają? Bo we wszystkich krajach, które wymieniłeś/aś, wskaźnik nadwagi i otyłości nadal rośnie.
W mojej ocenie największym problemem jest zanikająca sztuka gotowania, przyrządzania jedzenia. Nie winię tutaj ludzi, którzy pracują coraz więcej i nie mają czasu ani chęci po pracy jeszcze stać przy garach. Sama staram się gotować obiady dla mnie i dla męża, bo tak jest taniej i smaczniej, ale gdybym musiała pracować poza domem, raczej nie starczyłoby mi samozaparcia.
Kolejnym problemem jest szerzenie dezinformacji na temat odżywiania. Sama wykluczam produkty odzwierzęce i praktycznie nie ma dnia żebym nie zetknęła się z jakąś anty-roślinną propagandą. Dieta oparta na niskoprzetworzonych produktach roślinnych jest skutecznym sposobem na zapobieganie nadwadze, a także nowotworom, cukrzycy typu II i chorobom neurodegeneratywnym. Zawsze chętnie dzielę się badaniami na ten temat. Niestety, ludzie nie chcą badań, chcą autorytetów, którzy powiedzą im, że mogą jeść tłusto, mięsnie i wymyślą do tego jakąś naukowo brzmiącą teorię (vide prof. Cichosz u Rymanowskiego).
Do tego wjeżdżają przekąski, słodycze, alkohol, inne kaloryczne napoje i ten symetrystyczny mit o umiarkowaniu: „Wszystko jest dobre, ale w umiarze”. Nie, sorry, niektóre składniki po prostu są niekorzystne dla zdrowia (nie tylko sylwetki), a niektóre wręcz trujące. Powinno się ich unikać, a nie spożywać w jakimś zmyślonym „umiarze”.
Może zajęcia w szkole z podstaw dbania o dietę i zdrowie psychiczne? A nie, czekaj…
Dyskusja na ten temat w komentarzach , jest jedna ze składowych tego problemu. Wszyscy mamy jakieś przekonania żywieniowe , bardzo często powtarzane mity i dogmaty. Edukacja żywieniowa i profilkatyka zdrowia to trudne tematy, społecznie wymagające. Szczególnie , że większość ludzi w społeczeństwie podejmuje działania profilaktyczne , kiedy przychodzi pora na działania lecznicze, czyli za późno , to w sam raz.
Problemem jest również finansowanie edukacji i profilaktyki , kiedy ostatni widzieliście reklamę marchewki vs kiedy ostatni raz widzieliście reklamę przetworzonej żywności ?
Co wiecej statystyczny Polak nie spełnia podstawowych minimalnych wymogów aktywności fizycznej , rekomendowanej przez WHO, która jest notabene żenująco niska.
To niestety problem , który jak hydra ma wiele głów i niestety jak próbujesz obciąć jedną , to pojawiają się dwie następne ( przykład podatku cukrowego, który obejmuje napoje zero , gdzie badania wykazuja : osoby, które zamieniły napoje z cukrem na napoje zero, szybciej redukują masę ciała , nie chodzi o dyskusyje, czy są one zdrowe , czy nie )
Niestety na ten moment olbrzymia odpowiedzialność spoczywa w Naszch rękach, kiedy mówimy o Naszym zdrowiu i jak pokazują statystyki , są to bardzo nieodpowiedzialne ręce.
Brakuje mi mocno bo ćwiczę i liczę kcal i skąd mam wsiąść ile ma kebab tragedia
Problem nadwagi i otyłości w Polsce nie wynika z jedzenia w restauracji (nawet jeśli wliczamy w to restauracje typu fast-food). Zauważ, że dopiero od 2022 roku nie można kierować reklam bezpośrednio do dzieci, nakłaniając je do namówienia rodzica na zakup. Za to możemy kierować reklamę do rodzica i mówić mu, jak smaczny i zdrowy jest Twoj produkt dla CAŁEJ RODZINY. Przejdźmy się do sklepu, podejdźmy do lodówki z nabiałem i poszukajmy jogurtów/serków. Jeden Danonek to 90kcal i 10g cukru, serek Danio to 99kcal i ponad 11g cukru na 100g, cały serek ma 130g – 130kcal i 14g cukru. “Monte dziecka czas” 180kcal i ponad 13g cukru na 100g. Mały kubeczek Monte to 55g, duży 150g, a w sklepach można jeszcze spotkać Monte mega – 400g w kubeczku. Znajdziemy rozne jogurty/serki dla dzieci z kolorowymi drażami czekoladowymi, ciasteczkami, cukierkami. Jogurty pełne cukru, za to posiadające śladowe ilości owoców. A przecież nabiał jest zdrowy i ważny w rozwoju dziecka. Dalej “Paróweczki” dla dzieci, ser dla dzieci, szynka dla dzieci. Często mają dobre składy, jednak zdarzaja sie wyjątki, a wielu rodziców nawet nie zerknie na skład i wartości odżywcze, kupi ufając, że to zdrowe dla dziecka. Sok Kubuś – 42kcal i 9g cukru na 100ml, najmniejsza butelka to 300ml. Kto z nas nie został wychowany na soku Kubuś ręka w górę. Przecież sok jest zdrowy, no i bez dodatku cukru. Wkładanie dziecku przez cały dzień do ręki “flipsów”, pół biedy jeśli są “bezsmakowe”. Problem z otyłością często zaczyna się powoli rozwijać przy rozszerzeniu diety niemowlęcia. A z wiekiem tylko się zwiększa. Parówki “dla dorosłych” z o wiele gorszym składem (bo taniej i smaczne), pasztet składając się głównie z tłuszczu, gotowe dania ociekające tłuszczem. Kanapki z białego pieczywa z maslem i nutellą do szkoly, słodzony napój z postacią z bajki. Przed szkołą pełna miska slodkich płatków z mlekiem. Likwidacja miejsc, w których dzieci mogą się bawić, skargi lokatorów na nowych osiedlach, że dzieci biegają i krzyczą pod blokiem. Przykład lecący z góry – rodzic wraca do domu z pracy, nie bylo go 10h, siada zmęczony na kanapie i odpala TV, nie ma siły na żadne aktywności. W wolnym czasie woli odpocząć, często przy chipsach i piwie. Każde święta – jedzenie przez kilka dni pod sam korek. Broń boże jakiś rodzinny spacer, po obiedzie jemy ciasto, a po cieście szykujmy kolację i polewamy. Problem jest złożony, dotyczy całego społeczeństwa i często zaczyna się juz w pierwszym roku życia naszego obywatela.
Z tym liczenie kalorii to niby fajnie, ale były tu wątki jen mało, a nie chudne… I później się okazuje że te osóby niby liczą kalorie, ale batonów nie wliczają albo jedzą dość mało tyle że nie ruszaja się wgkw i śpią dlugo
Problem jest realny; mniej chorych=mniej potrzebnych pieniędzy na leczenie, szczęśliwsze społeczeństwo itd. Nie zamierzam być przeciw dobremu rozwiązaniu marząc o idealnym i sam chciałbym mieć dostęp do wiedzy o ilości kalorii w restauracjach choć myślę że to pomaga głównie tym którzy o wagę już dbają a nie innym a to chyba z tymi jest główny problem.
Dieta to jedno. a Wiekszosc spoleczenstwa sie boi ruszac, bo kuzyn stryjka siostry babci biegal i sobie skrecil kostke, a wujek szwagra siostry sie nabawil kontuzji na silowni. A jeszcze jak tetno skoczy do 150 to od razu udar/zawal/wylew
O nie, chcę odpocząć od terroru kalorii i iść do restauracji, jeść ze smakiem bez wpadania w schizę że coś jest zbyt kaloryczne. Jak ktoś ma potrzebę to niech sam sobie liczy.